Walka o poprawę parametrów nasienia, żylaki i odpuszczanie sobie

Upadki

Pomiędzy pierwszym, a drugim badaniem nasienia minęło u mnie aż pół roku. Ta przerwa, spowodowana lockdownem, nie była wcale przesadnie długa i nie wykoleiła całego procesu. Stworzenie przez organizm dojrzałego plemnika i wymiana całej populacji zajmuje prawie 3 miesiące i obejmuje przeciętnie 5 cykli spermatogenezy, każdy po 16 dni. Pierwszy z tych cykli jest kluczowy, bowiem każda poważna infekcja, wysoka gorączka, zapalenia, czy urazy mogą wpłynąć na jakość całej populacji.

U mnie nic takiego nie wystąpiło. Od stycznia zajadałem wszystkie zalecone suplementy i intensywnie trenowałem, ograniczyłem okazjonalny alkohol i ogólnie starałem się wieść jak najzdrowszy tryb życia. W czerwcu 2020 czułem się jak dobrze naoliwiona maszyna. Pierwszy raz w życiu pozwoliłem sobie na wstawienie na Instagram zdjęcia z gołą klatą na napince, bo byłem naprawdę dumny z pracy jaką włożyłem w swoje zdrowie w ciągu tego pół roku. W tym samym miesiącu pojechaliśmy z kumplami na męski wypad w Tatry na kilka dni i moja forma była naprawdę na dobrym poziomie. Czułem się silny jak nigdy.

Kubeł zimnej wody spadł mi na głowę po powrocie z Tatr. Zrobiłem wtedy drugie badanie nasienia i okazało się, że nawet nie ma za bardzo co mrozić. Co do chuja? Niby byłem na to poniekąd przygotowany mentalnie, bo lekarz ostrzegał, że ilość może fluktuować, ale nie potrafiłem zrozumieć dlaczego moje starania dały odwrotny efekt. Co prawda do in vitro wystarczą nawet pojedyncze zdrowe plemniki pobrane bezpośrednio z jądra przy pomocy biopsji, i takie by się znalazły, ale zdecydowanie nie była to dobra sytuacja. Wynik ten oznaczał pilne szukanie przyczyny i próbę poprawy sytuacji przed nadchodzącą procedurą. Musiałem wykonać kolejne badania krwi, w tym coś, czego się bałem jak cholera – markery nowotworowe. Ponieważ na tym etapie życia miałem zdecydowanie za mało stresów, to jeden z markerów, AFP, wskazujący na raka jąder lub wątroby, wyszedł mi podwyższony. Nawet nie pamiętam już swojej reakcji na ten wynik. Uspokajał mnie fakt, że odchylenie od normy nie było duże i że te markery łatwo zaburzyć. Trzeba było zrobić badanie USG Dopplera. Umówiliśmy zatem pilną wizytę do urologa z polecenia, powtórzyłem badanie krwi i rozpoczęliśmy czekanie.

Urolog specjalizujący się w męskich tematach to androlog. 

Odpuszczanie sobie

Lekarz urolog z polecenia okazał się przyjmować na moim osiedlu. W całym tym długim, wyczerpującym mentalnie i fizycznie procesie fakt, że naprawdę dobry specjalista przyjmuje 100m od miejsca w którym mieszkam od 30 lat, był dla mnie jakoś pokrzepiający. Być może dlatego poszedłem na wizytę z pozytywnym nastawieniem. Na pytanie co mnie sprowadza, odparłem, że jajka mi nie działają i że boję się raka, więc będę wdzięczny za sprawdzenie co tam w worku piszczy.

To nie było z resztą moje pierwsze zetknięcie z urologiem i USG. Cofnijmy się w czasie o 6 lat. Już wtedy wydawało mi się, że wymacałem coś niepokojącego i udałem się na kontrolę. Z konsultacji z dr Google wywnioskowałem, że mam coś co nazywa się żylakami powrózka nasiennego, jednak lekarz z USG nic nie znalazł. Mimo to, cały czas mi coś nie grało, więc dla świętego spokoju kontrolę powtórzyłem u innych lekarzy jeszcze kilka razy w ciągu następnych lat. Dopiero kiedy w moim życiu pojawił się temat niepłodności i idąc na wizytę kategorycznie stwierdziłem, że MAM żylaki, to jeden z lekarzy przyznał, że faktycznie są. Jest to o tyle istotne, że ta przypadłość (którą notabene ma aż 20% wszystkich mężczyzn) może wpływać na płodność. Piękna prywatna opieka zdrowotna – idziesz do lekarza z problemem, a on go nie widzi.

Wróćmy do roku 2020. Tym razem pan doktor nie miał złudzeń – mam żylaki powrózka nasiennego i owszem, mogą dodatkowo pogorszać moje wyniki. W dużym skrócie, żylaki powodują, że krew nie odpływa z jąder tak szybko jak powinna, a przy wysiłku wręcz do nich wraca. Wracająca krew jest dodatkowo cieplejsza. Złota zasada brzmi – ciepło i jajka nie powinny iść w parze. Niestety, lekarz powiedział, że jego zdaniem problem musi siedzieć gdzieś głębiej, a więc wracamy do krwi, hormonów i genów.
Mimo wszystko to była super wizyta, bo poczułem, że zostałem naprawdę wysłuchany. No i lekarz nie znalazł żadnych zmian nowotworowych, więc odetchnąłem z ulgą.
Zalecenia brzmiały: WYLUZOWAĆ i totalnie odpuścić sobie jakiekolwiek treningi na przynajmniej 6 tygodni.

Z odpuszczeniem treningów (które jak się okazało, prowadziły u mnie do przegrzania) nie miałem problemu, jednak każdy, kto chociaż raz w życiu usłyszał „proszę się tyle nie stresować” wie jak to wygląda. Pstryczka od nerwów jeszcze nie wynaleziono.

Dodaj komentarz