In vitro podczas pandemii i czekanie na wszystko

Podczas procedury in vitro ciągle się na coś czeka. Nie wiem, czy kiedykolwiek wcześniej przeszedłem choćby porównywalną szkołę cierpliwości.

Czekasz na wizyty u lekarza.
Czekasz na wyniki badań.
Czekasz na żonę, która poszła na swoje badania.
Czekasz na poprawę stanu swojego zdrowia.
Czekasz na poprawę stanu zdrowia żony.
Czekasz na zielone światło do rozpoczęcia procedury.
Czekasz na punkcję (żony).
Czekasz na efekty uboczne po stymulacji (ale liczysz na to, że ich nie będzie)
Czekasz na informacje o rozwoju zarodków, a później ile z nich przetrwało.
Czekasz na wyniki badań genetycznych zarodków.
Czekasz na idealne warunki do transferu. Później czekasz dalej już na wyznaczoną datę i masz nadzieję, że nic się nie posypie w ostatniej chwili. Zdarza się, więc czekasz dalej.
W końcu czekasz już tylko na wynik beta hCG, który powie, czy jest ciąża.

Unikatową atrakcją naszej drogi były obostrzenia pandemiczne. Oznaczało to, że 95% wizyt lekarskich musieliśmy odbywać osobno. Czasem trzeba było jechać do kliniki na przykład dwa razy w tygodniu. Wizyty były w większości Ady, więc ja w tym czasie czekałem w samochodzie. Łącznie, przez kilka miesięcy, było to kilkadziesiąt wizyt i kilkadziesiąt godzin. Od głębokich mrozów, gdy w poczuciu winy odpalałem silnik, żeby przywrócić krążenie w stopach, po upały, gdy przeklinałem czarny kolor samochodu.

W autach obok mnie siedzieli inni faceci. Kilku na oko w podobnym wieku, inni dużo starsi. Z czasem zaczęliśmy się rozpoznawać, kiwać głowami na przywitanie. Samochody w większości z kategorii grubszych. Niepłodność to nie jest choroba dla biednych ludzi.

Powietrze na parkingu było zwykle naelektryzowane nerwami. Nasze dziewczyny walczyły w środku, a my czekaliśmy, siedzieliśmy, kopaliśmy śnieg w bezradności, dreptaliśmy w kółko, niektórzy popalali ćmiki. Dziwna, zawieszona w czasie atmosfera parkingu pod kliniką. Mimo wszystko czułem dumę z tego, że ja i inni faceci tam jesteśmy. Bez względu na sytuację pandemiczną i personalną, te pary były w tym razem.
Nie wiem, jak u innych, ale dla Ady i mnie ta wspólna walka, kolejne lekcje cierpliwości i pokory były bardzo wyczerpujące, ale też stworzyły z nas prawdziwy monolit. Nowakolit 🙂

Dodaj komentarz